Blog użytkownika
Poniedziałek [28.03.2011, 19:05]
Zegar słoneczny. Fajna rzecz. Kiedyś, kiedy ludzie nie mieli zegarków, służył do wyznaczania czasu. Na początku VII wieku decyzją papieską musiał znajdować się na dachu każdego kościoła.
Zasada działania była prosta - środkowa, wydłużona część rzucała cień, a cień wskazywał godzinę. Dokładność może i była słaba (plus minus kwadrans) ale ówczesnym ludziom nigdzie się nie spieszyło, a i ulubionych seriali w TV jeszcze nie było (telewizorów zresztą też). Więc gdzie się spieszyć?
Mamy wiek, jakby nie patrzeć, dwudziesty pierwszy. Zegary mamy dokładniejsze i to znacznie. Ale czasem, w centrach miast pojawiają się ozdobne wersje zegarów słonecznych. Każdy, kto widział, przyzna, że to ładne, choć niefunkcjonalne. Ale dlaczego sztuka ma być funkcjonalna?
No, jest taki jeden warunek umiejscowienia zegara słonecznego. Aby wskazywał godzinę, musi na niego padać promień słoneczny. Niby oczywiste, ale czy na pewno?
Może i oczywiste dla mnie. Dla Was. Ale są przecież ludzie, dla których ten warunek nie jest wymagany. Pół biedy, jeśli ci ludzie są gdzieś - no nie wiem - zamknięci, odizolowani. Ale jeśli pełnią funkcję... Hmm... Prezydenta miasta?
Tak, prezydent miasta Sieradza wydał właśnie 20.000 złotych polskich (dwadzieścia tysięcy, nie pomyliły mi się zera) na zbudowanie zegara słonecznego w miejscu, gdzie światło słoneczne nie dociera, bo na drodze staje mu pobliska kamienica. Jaki jest sens budowania zegara słonecznego w cieniu?
Dużą pomocą w wyjaśnieniu tegoż absurdu jest fakt, że Jacek Walczak (prezydent Sieradza, odpowiedzialny za ten bubel) kandydował z ramienia PO.
To dużo tłumaczy. Nie wierzycie? Pewnie myślicie, że prezydent Sieradza się pokajał za błąd? Za wyrzucenie 20.000 w błoto?
Naiwniacy...
Cytując twórcę zegara:
- Będą dodatkowe, grawerowane arkusze blachy, które zamontujemy na posadzce. Będzie również zainstalowana kula, która będzie tworzyć jakiś kąt. I tenże kąt i jego punkt końcowy są na posadzce. To miejsce będzie tworzyć ten kalendarz.
Będą dodatkowe pieniądze, by bubel udoskonalić. A że nie działa? Jakbym widział nasz rząd w akcji.
Oklaski dla tego pana!
komentarzy
Piątek [25.03.2011, 19:22]
Niedziela, 27 marca, godzina ósma rano w Polsce.
Wyścigiem na torze Albert Park w Melbourne (Australia) zaczyna się długo oczekiwany przez zagorzałych fanów kolejny sezon Formuły 1. Zasadniczo powinien zacząć się dwa tygodnie wcześniej, jednak ze względu na zamieszki i niepewną sytuację polityczną w Bahrajnie Grand Prix tego kraju odwołano.
Chyba dla każdego fana F1 w Polsce (i nie tylko) najgorszą wiadomością jest fakt, iż w tegorocznym sezonie (lub jego większej części) nie ujrzymy na torze Roberta Kubicy. Żal, bo Kubica jest kierowcą świetnym i niesamowicie efektownie jeżdżącym. No i Polak, a wiadomo, że inaczej ogląda się zawody, kiedy w stawce pojawia się rodak i w dodatku nie ciągnie ogonów ale jest widoczny. Niestety, wypadek w małej włoskiej wiosce przekreślił Polakowi ten sezon. Szkoda
Ale F1 to przecież nie tylko Kubica. Przedsezonowe testy pokazywały, że może dojść do lekkiego przetasowania w czołówce i wśród średniaków (ogony niestety nadal zarezerwowane dla zeszłorocznych debiutantów). Już pierwszy trening pokazał jednak, że kiedy żarty się skończyły, faworyci biorą się do roboty. Red Bull nie oglądał się na rywali, nie kombinował, tylko pokazał reszcie miejsce w stawce. W drugim treningu z kolei bezkonkurencyjne okazały się McLareny. Prawdziwą siłę zespołów pokażą jutrzejsze kwalifikacje i oczywiście wyścig, ale już widać, że czołówka (Red Bull, McLaren, Ferrari) chyba uciekła trochę Mercedesowi i przede wszystkim ekipie Kubicy, Lotusowi Renault.
O pozycję tuż za podium, oprócz Mercedesa, powinny zawalczyć Williams i mimo wszystko Renault, choć pojedyncze wybryki innych ekip zapewne będą zdarzać się częściej niż w poprzednim sezonie. Wszystko to za sprawą nowych przepisów.
I właśnie to nowe reguły gry wzbudzają olbrzymie kontrowersje. O ile powrót przepisu o 107% (ekipy, które nie osiągną czasu mieszczącego się w 107% czasu zwycięzcy nie biorą udziału w wyścigu) jest jak najbardziej słuszny, o tyle inne już wzbudzają wątpliwości.
Zmiana dostawcy opon spowoduje zapewne zwiększenie liczby pit-stopów (opony Pirelli ścierają się szybciej niż poprzednie) a zatem zmianę taktyki poszczególnych zespołów. KERS jest wynalazkiem kontrowersyjnym z jednej strony pozwala (dzięki odzyskaniu energii z hamowania) chwilowo przyspieszyć, z drugiej strony bolid obciążony dodatkowymi kilogramami traci na każdym okrążeniu kilka dziesiątych sekundy. Czy skóra jest warta wyprawki?
Najgoręcej jednak komentowanym przepisem jest ten o ruchomym tylnim skrzydle. O co chodzi? Otóż w specjalnie wyznaczonej na każdym torze strefie kierowca, który ma przed sobą bolid rywala, będzie mógł użyć przycisku zmieniającego kąt ustawienia tylnego skrzydła, co pozwoli przyspieszyć i wyprzedzić rywala, który tego manewru zastosować nie może. Ale jest pewien haczyk użycie ruchomego skrzydła może nastąpić w specjalnej strefie, poza tym przewaga rywala musi być mniejsza niż sekunda. Moment, kiedy dozwolone jest takie wyprzedzanie ma być sygnalizowany zapaleniem się dodatkowego światełka w kokpicie bolidu.
I teraz wyobraźmy sobie dwa bolidy, pędzące z prędkością, powiedzmy 250 km/h, a kierowca ścigający zamiast skupiać się całkowicie na jeździe musi zwracać uwagę, czy nie zapaliło się światełko pozwalające na wyprzedzanie. Jeśli w tym momencie prowadzący wpadnie w lekki uślizg i przyhamuje katastrofa raczej pewna.
Już za parę godzin wszelakie wątpliwości i sens zastosowania nowych przepisów zostaną zweryfikowane w Melbourne. Mam nadzieję, że obejrzę naprawdę ciekawy wyścig. W końcu, jak to śpiewał niezapomniany Fredzie Mercury, Show must go on!
komentarzy
Wtorek [22.03.2011, 19:54]
Pan tu, panie Pogorzelski, leżysz sobie w tym grobie i w proch się obracasz, a ja gorę! - cytat, który lata mi w głowie do dziś. Zapewne większość nie skojarzy, ale to słowa z jednego z najzabawniejszych polskich filmów fantastycznych, jakie powstały. Choć słowo film trochę na wyrost Ja gorę, perełka Janusza Majewskiego z roku 1967 z doborową obsadą (Turek, Wasowski, Rudzki, Opania i charakterystyczny, wspaniały głos Wacława Hańczy) i lekkim, zabawnym scenariuszem trwa zaledwie niespełna pół godziny. Ale jest to niezapomniane pół godziny, które zostawiło gdzieś we mnie swoją celuloidową pieczęć. Film, który rozpoczął moja przygodę z fantastyką, rozbudził nadzieję i kilkanaście lat później wywołał efekt totalnego rozczarowania. Bo wstyd się przyznać polskie kino z fantastyką jest na bakier!
A ja lubię fantastykę wszelaką zarówno w postaci książkowej, jak i filmowej. I fantasy, i hard S-F, i horrory, i cyberpunk Gatunek ten (fantastyka) zresztą jest szeroko reprezentowany w światku dziesiątej muzy. Od komercji, nudnej jak flaki z olejem i pozbawionej logiki papki (Armageddon, Żołnierze kosmosu) aż po tyleż interesujące, co czasem niedoceniane produkcje dla koneserów (Screamers, Blade Runner, Pi, Cube). Świat ma się czym pochwalić. Ale czy ma się czym pochwalić nasza rodzima kinematografia?
Założę się, że duża część z Was pomyślała w tym momencie o Wiedźminie. Nie, nie dlatego, że mamy się czym pochwalić. Dlatego, że tak naprawdę to jedyna polska produkcja z gatunku fantastyki w ostatnich latach, która przebiła się do mediów. I która miała szansę coś zdziałać bo wielbiciele literatury Sapkowskiego, do których i ja się zaliczam, byli pewni, iż prozę AS-a trudno zepsuć. Ba, jest to nawet niemożliwe.
A jednak twórcom filmu się udało. I należą im się szczególne wyrazy uznania za spartolenie czegoś, czego spartolić się teoretycznie nie dało. Za złotego smoka, którego zrobił na komputerze jakiś podniecony dzieciak z szóstej klasy, bo nie sądzę, że była to robota speców od efektów specjalnych. I za Dobra, dość kopania leżącego.
Może coś o polskich reżyserach, specjalizujących się w fantastyce? Ilu ich było? Policzmy Piotr Szulkin I I tyle!
To było kino, to były filmy! Wojna światów, O-bi, o-ba, koniec cywilizacji, Ga-ga, chwała bohaterom gdyby wówczas Polska wchodziła w skład UE lub gdyby te filmy nakręcono w USA zapewne byłyby zaliczane teraz do klasyki gatunku. A tak? Ile osób o nich słyszało? A przecież to nasze, swojskie, polskie kino najwyższej próby, z doborową obsadą, świetnym scenariuszem i fantasmagorycznym reżyserem. Póki co, to niestety rewelacyjny, ale tylko wyjątek.
Można jeszcze wspomnieć Na srebrnym globie, film, który narobił sporo zamieszania w światku UFO-logicznym (dekoracja pozostawiona w górach Kaukazu została zinterpretowana przez wybitnych UFO-logów jako pozostałość po statku obcych) oraz całkiem niezły Rękopis znaleziony w Saragossie. Reszta? No cóż
Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni. W zeszłym roku bowiem pojawił się film (a raczej miniaturka raptem niecały kwadrans z napisami włącznie) niesamowicie utalentowanego polskiego reżysera Grzegorza Jonkajtysa. Jeśli ktoś kojarzy Arkę, animację komputerową, która według mnie rzuciła na kolana nominowaną do Oscara Katedrę Bagińskiego, to potwierdzam tak, to ten Jonkajtys.
A jego (niestety całkowicie pominięty przez media) film The 3rd Letter pozwolił mi uwierzyć, że kiedyś polskie kino fantastyczne złapie oddech. Nie tylko mi zresztą film był wielokrotnie nagradzany na festiwalach (oczywiście nie w Polsce). Szkoda tylko, że tak utalentowany reżyser musi kręcić swe filmy po godzinach i stosować proste (ale jakże efektowne!) środki do osiągnięcia właściwego efektu. Ale Trzeci list jest nadzieją polskiego kina S-F. I wierzę, że kiedyś ktoś postanowi zaryzykować i zainwestować trochę funduszy w Jonkajtysa a ten odwdzięczy się polskiej kinematografii szlagierem na miarę Seksmisji.
Więc czekam, cierpliwie czekam
komentarzy
Środa [16.03.2011, 18:58]
Czasami jest tak, że jakiś urzędas, by pokazać, że po coś jest potrzebny, wymyśla przepis. Głupi? Głupi. Ale co z tego, że głupi, skoro racjonalizatorski. Ów urzędas bierze za to oczywiście premię, a ludzie psioczą, zastanawiając się, co za kretyn to wymyślił. Naturalne jest również, że obie strony, których ustawa dotyczy, robią, co mogą, by wytwór chorego umysłu omijać z daleka. Ale Narodowy Fundusz Zdrowia nie patrzy na głupotę swych urzędników, tylko na zasobność portfeli podatników.
Kolejki do lekarza to rzecz niestety normalna. Nic dziwnego, że ludzie tacy jak np. ja nie zajmują miejsca w kolejce chorym, tylko po receptę na comiesięczną/kwartalną porcję leków składają po prostu zamówienie i następnego dnia zgłaszają się po odbiór.
Troskliwie dbający o dobro i wygodę pacjenta NFZ (sarkazm, gdyby ktoś nie zrozumiał) wpadł na kolejny pomysł, jak zatruć życie lekarzom i pasożytom. Przepraszam, pacjentom. Otóż, aby wypisać receptę, lekarz musi najpierw obowiązkowo przyjąć pacjenta. Osobiście i we własnym gabinecie. Jeśli bowiem recepta będzie wypisana, a w dokumentach nie będzie śladu wizyty pacjenta, NFZ domaga się od lekarza zwrotu kosztów refundacji leków.
Wszystko przez ustawę z roku 2007, która mówi:
"(...) recepta stanowić może wyłącznie rezultaty porady lekarskiej (...). Wystawianie recept bez osobistego zbadania pacjenta, tj. nie w ramach porady lekarskiej, w trakcie której lekarz przeprowadza i dokumentuje powyższe czynności, stanowi generowanie nienależnej refundacji ze środków publicznych, których dysponentem jest Narodowy fundusz Zdrowia".
Oczywiście, można by zachować obowiązujące status quo i mieć przepis w głębokim poważaniu, niestety kolejni nadgorliwi, by się wykazać, że jednak po coś są potrzebni, zarządzili kontrolę. Rezultat?
Tylko w jednej skontrolowanej mazowieckiej lecznicy lekarzom kazano oddać prawie 200 tysięcy złotych.
Teraz efekt jest łatwy do przewidzenia. Zamiast przyjmować pacjentów potrzebujących doraźnej pomocy lekarze zmuszeni będą, pod groźbą kary, przyjmować ludzi nie potrzebujących porady tylko recepty. Kolejki oczywiście się wydłużą, czego rezultatem będzie zwiększona zachorowalność a być może nawet tragedie, za które oczywiście nikt nie odpowie.
Bo przecież NFZ działa za pieniądze pacjenta dla dobra pacjenta.
A szpitale mają maszynę, która robi "PING".
komentarzy
Wtorek [15.03.2011, 20:02]
Kiedy w latach osiemdziesiątych zamykano u nas kino, jedyne w trzydziestoparotysięcznym mieście, był mi smutno. Odchodziła w siną dal pewna epoka, pewna magia, jaka daje biały ekran. I choć byłem wtedy kilkunastoletnim szczylem, którego znajomość filmów sprowadzała się do Gwiezdnych wojen czy E.T., to jednak w tych naiwnych czasach byłem pewien, że co jak co, ale kina będą zawsze.
Kilka razy zdarzyło mi się nawet wejść do sklepu meblowego, który utworzono w miejsce Orła. Z żalem spoglądałem na wypasione meble, które zastąpiły małe, składane krzesełka, przyjemnie skrzypiące podczas seansu. Na pomalowaną ścianę w miejscu, gdzie znajdował się przybrudzony ekran. Na puste miejsce po projektorze
A potem była wycieczka na giełdę do Katowic. Pojechaliśmy, by stanąć twarzą w twarz z wrogiem, który zaatakował kina. Wrogiem, którego musieliśmy polubić i do niego się przyzwyczaić. Czyli z pospolitym magnetowidem.
Pamiętne czasy! Dziesiątki handlarzy, mających w ofercie niezliczoną liczbę filmów, obowiązkowo dwa na jednej kasecie. A każda kopia przegrywana po raz n-ty, szumiąca, z ledwo słyszalnym głosem, czasem bez lektora, czasem z uciętą końcówką. Do dziś pamiętam pytanie mojej babci, która miała przyjemność spotkać się ze zjawiskiem niespotykanym w tamtych czasach, czyli oryginalną kasetą. Kiedy skończył się film, który jej się nie spodobał i kaseta wyszła z kieszeni ze zdumieniem zapytała A dlaczego nie ma drugiego filmu? Miała nawet chyba ochotę iść do wypożyczalni i wyzywać właściciela, że trefne filmy wypożycza, bo tylko jeden na kasecie.
I ten oto wynalazek doprowadził kina do poważnego kryzysu. Dlaczegóż bowiem ktoś miałby iść i płacić, skoro może sobie obejrzeć film w zaciszu domu, po kilka razy, przyspieszyć i zwolnić dowolne sceny Zachłysnęliśmy się wolnością, możliwością decydowania, co chcemy obejrzeć, a nie co akurat jest w repertuarze, dostępnością i rozległością oferty, bo przecież pan z mnóstwem kaset był niemalże na każdym rogu
Wydawać by się mogło, że to śmierć dla kin. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, one zaczynały się odradzać. Ludzie bowiem zaczęli zauważać, że oglądanie filmów w zaciszu domów wcale nie jest takie przyjemne. Czegoś brakowało może tego dreszczyku emocji, kiedy na ścianach kina pojawiały się plakaty, zapowiadające film, na który oczekiwaliśmy. Może tych wspólnych salw śmiechu, oklasków, wzruszeń czy łez towarzyszących większości projekcji. Wspólnych rozmów po seansie, kiedy gdzieś w knajpce, przy piwie toczyły się gorące dyskusje na temat filmu.
Magia białego ekranu zadziałała. Ale nie tylko magia kina musiały wyjść naprzeciw widza. Już wkrótce bowiem pojawił się kolejny wróg DVD. Nie było miejsca na zaszumione, niewyraźne filmy. Za cenę biletu kinowego (a czasem i mniej) dostawaliśmy legalne, doskonałe kopie. Gazety, wietrząc koniunkturę, zaczęły bombardować nas dodatkami w postaci gratisowych krążków z filmami. A kina?
Tym razem, wyciągnąwszy wnioski z epoki magnetowidów, nie pochowały się z podkurczonymi ogonami ale wyszły naprzeciw. Dzisiejsze kina to już nie pojedyncze salki ze skrzypiącymi krzesłami to potężne kombinaty, oferujące nie tylko szeroki wybór filmowy, ale także rozrywkę innego rodzaju. Miejsca zabaw dla dzieci i dorosłych, lokale, w których można posiedzieć i porozmawiać, sklepy Wszystko po to, by widz poczuł się wyjątkowo.
Wojna toczy się nadal. Powszechne (niestety) piractwo, wszechobecność internetu i związana z tym łatwość dostępu do najnowszych hitów. W odpowiedzi filmy 3D, które w warunkach domowych wyglądają jak Kopciuszek po północy
Ale przecież, mimo wielofunkcyjności, najważniejsze i niezmienne jest tylko jedno:
Duży, biały ekran, rozkładane krzesełka i ten dreszcz, kiedy w końcu gasną światła
komentarzy
Piątek [ 4.03.2011, 19:12]
Co czujecie spoglądając na Słońce? Wiadomo, kochanego słoneczka zawsze brak, zwłaszcza jesienią i zimą, ale ilu z nas zdaje sobie sprawę, że Słońce jest gigantycznym reaktorem termojądrowym? Energia, wysyłana przez Słońce, jest wstanie np. ogrzać planetę odległą o ok. 150 000 000 km do tego stopnia, by mogło na niej zaistnieć życie. Co możemy bez problemu stwierdzić i udowodnić, zaglądając co ranek w lustro.
Niestety, do wydzielania energii konieczna jest olbrzymia temperatura. Gdyby udało się przeprowadzić podobną reakcję, ale w temperaturze w miarę normalnej - mielibyśmy źródło energii podobne do Słońca (oczywiście nieporównywalnie mniej energetyczne - chodzi o zasadę, nie wielkość). W dodatku takie źródło moglibyśmy zastosować np. w samochodach, 'tankując" je raz na kilka miesięcy. W ogrzaniu domu, "ładując" baterie raz na rok. Marzenie, nieprawdaż? Takie energetyczne - no może nie perpetuum mobile - ale niesamowicie tanie źródło energii, całkowicie uniezależniające nas od ropy naftowej.
Marzenie?
Był dzień 23 marca roku 1989. Cały naukowy świat ze zdumieniem dowiedział się o cudzie energetycznym - czyli tak zwanej zimnej fuzji. Tego dnia dwaj fizycy - Stanley Pons z Uniwersity of Utah oraz Martin Fleischmann z University of Southampton ogłosili, że udało im się osiągnąć zimną fuzję atomów deuteru przy pomocy tzw. ciężkiej wody (H2O, ale zamiast atomów wodoru w związku z tlenem są atomy deuteru lub trytu) oraz elektrod palladowych. Świat ogarnęła gorączka - wszak po raz pierwszy pojawiła się możliwość rozwiązania problemów energetycznych, w dodatku uniezależniając świat od ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Mówiło się nawet o Noblu dla naukowców, ale...
Ale okazało się, że nikt nie jest w stanie powtórzyć eksperymentu. Coraz głośniej przebąkiwano, że to tylko oszustwo. Tylko nieliczni stali na straży opinii, że Pons i Fleischmann przez zupełny przypadek odkryli coś, co jest w stanie rozwiązać problem energetyczny świata. A doświadczenia powtórzyć nie można, gdyż naukowcy wprowadzili całkiem nieświadomie jakiś czynnik, którego nie opisali w wynikach.
Tym niemniej cały świat doszedł do wniosku, że było to jednak - być może nieświadome - oszustwo.
Problem zimnej fuzji odżył jednak ponownie.
14 stycznia 2011 roku dwóch naukowców z Włoch - Andrea Rossi i Sergio Focardi z Uniwersytetu Bolońskiego ogłosili, iż udało im się zbudować reaktor niklowo-wodorowy, dający 12 kW ciepła. Bez promieniowania, bez strat, bez wykorzystania ropy, wiatru, słońca.. Całkowicie czysta energia! 12 kW to niewiele - ale w zupełności wystarczy, by ogrzać dom o powierzchni 100 metrów kwadratowych.
Do działania reaktora potrzeba mocy ok. 400 Watów. Czyli za 400 W energii otrzymujemy 12,4 kW - całkiem niezły przelicznik!
Najciekawsze jest to, że w/w naukowcy nie do końca wiedzą, jak to działa. Choć akurat ja podejrzewam, że jest inaczej - wiedzą, doskonale wiedzą, ale póki co nie chcą ujawniać. Obecnie trwają prace nad budową elektrowni o mocy 1 mW (połączonej z kilkudziesięciu modułów), a ponoć pod koniec roku takie minielektrownie znajdą się w sprzedaży. Dostępne dla każdego. Naukowcy twierdzą, że taki właśnie reaktor zasilał pewną fabrykę przez dwa lata.
Żeby nie było za pięknie - póki co nie ma co marzyć o zastosowaniu tych minielektrowni do ogrzewania domów. Jak twierdzą autorzy - to może być kwestia nawet 10 lat. Znając życie, jeśli to nie jest kolejny humbug, można mówić o najwyżej pięciu latach oczekiwania. Ale też oczekiwania na wynalazek, który wywróci do góry nogami system dystrybucji energii oraz pozwoli na zastosowanie źródła niezależnego od produktów węglowodorowych.
Czyżby włoscy naukowcy odnaleźli Św. Graala fizyki?
komentarzy
Wtorek [ 8.02.2011, 19:22]
Odczłowieczenie. Sprowadzenie istoty ludzkiej do postaci elementu, klocka puzzle, które układają jakieś wyższe siły. Koszmar dla człowieka i pożywka dla pisarzy, którzy z zapałem opisywali degrengoladę ludzkości, sprowadzenia homo sapiens do roli bezwolnej marionetki, kukiełki pociąganej za sznurki przez mniej lub bardziej tajemniczych władców. Jednostki, która ma żyć, wypełniać funkcje i podlegać. Anonimowego członka anonimowej, monolitycznej społeczności, trybika w maszynie bez własnego JA.
Dotychczas wydawało mi się, że takie bezmózgie stworzenia można było zaobserwować li tylko w książkach apokaliptycznych, choćby w "Roku 1984" Orwella. Jednostki, które żyją , bo żyć muszą, ku chwale Władców Marionetek. Jednostki, pozbawione własnego zdania, własnych myśli, Osobnicy żywi, a jednocześnie przypominający bezwolne roboty.
Pisarze przyzwyczaili nas do swych wizji. Niektórzy obwołani zostali nawet wieszczami. I choć póki co Marsjanie nas nie zaatakowali (nawet ci niewidzialni), zarazy nie wygubiły życia na Ziemi, to jednak wiele z koszmarnych wizji literackich się sprawdziło. Niestety, sprawdza się też wizja mojego ulubionego autora, czyli Stanisława Lema. Niestety...
"Dzienniki gwiazdowe" to jedna z najlepszych pozycji serwowanych przez Lema. I według mnie - jedna z najlepszych książek, jaka powstała w dwudziestym wieku. Niestety, żeby dobrze się przy niej ubawić, niezbędne są dwie rzeczy - znajomość fizyki i astronomii (o co statystycznemu Polakowi łatwo) i znajomość polityki z uwzględnieniem systemu politycznego obowiązującego w Polsce i innych stalinowskich sierotkach powojennych. Jedną z moich ulubionych podróży, zawartych w tym arcydziele, jest wyprawa numer trzynaście.
O ile część pierwsza to krytyka stalinizmu, część druga to już mała rozprawa filozoficzna na temat dość drastyczny - czyli utraty człowieczeństwa i indywidualizmu na rzecz równości społeczeństwa. Posunięte do granic absurdu zasady istnienia zbioru ludzi przerażają. Anonimowa jednostka dziś jest ogrodnikiem, jutro ojcem, pojutrze prezydentem a za tydzień matką. Absurd? oddajmy głos mistrzowi:
"W każdej chwili istnieje w społeczeństwie określona ilość funkcji, czyli, jak mówimy, etatów. Są to etaty zawodowe, więc władców, ogrodników, techników, lekarzy; są też etaty rodzinne - ojców, braci, sióstr i tak dalej. Otóż na każdym takim etacie Pantyjczyk działa tylko przez jedną dobę. O północy odbywa się w całym naszym państwie jeden ruch, jak gdyby, mówiąc obrazowo, wszyscy czynili jeden krok - i w taki sposób osobnik, który wczoraj był ogrodnikiem, dziś zostaje inżynierem, wczorajszy budowniczy staje się sędzią, władca - nauczycielem, i tak dalej. Podobnie ma się rzecz z rodzinami. Każda składa się z krewnych, więc ojca, matki, dzieci - tylko te funkcje pozostają niezmienne - istoty, pełniące je, zamieniają się każdej doby. Tak więc niezmienna pozostaje jedynie zbiorowość, uważasz? Wciąż tyle samo jest rodziców i dzieci, lekarzy i pielęgniarek, i tak we wszystkich dziedzinach życia. Potężny organizm naszego państwa trwa od wieków niewzruszony i niezmienny, trwalszy od skały, a trwałość tę zawdzięcza temu, że raz na zawsze skończyliśmy z efemeryczną naturą jednostkowego istnienia. [...]
Pewnym zakłóceniem naszego systemu - odparł mój rozmówca - była dawniej okoliczność, kiedy osobnik na etacie ojca rodził dziecko, albowiem może się zdarzyć, że etat ojca obejmuje akurat kobieta w dniu swego rozwiązania. Wszelako trudność ta znikła, odkąd określone zostało w ustawach, że ojciec może rodzić dzieci. Co się zaś tyczy uczuć, to zaspokoiliśmy dwa, z pozoru wykluczające się głody, żyjące w każdej istocie rozumnej: głód trwałości i głód zmiany. Przywiązanie, szacunek, miłość były niegdyś podgryzane nieustannym niepokojem, obawą przed utraceniem istoty ukochanej. Ten lęk myśmy przezwyciężyli. W samej rzeczy jakiekolwiek wstrząsy, choroby, kataklizmy nawiedzałyby nasze życie - każdy z nas ma zawsze ojca, matkę,, małżonka i dzieci. Nie dość na tym. To, co niezmienne, zaczyna po niejakim czasie nużyć, bez względu na to, czy zaznajemy dobra, czy zła. Zarazem jednak pragniemy trwałości losu, chcemy uchronić go przed zakłóceniami i tragediami. Chcemy istnieć, a nie przemijać, zmieniać się, a trwać, być wszystkim, nie ryzykując nic. Te sprzeczności, zdawałoby się, nie do pogodzenia, są u nas rzeczywistością. Znieśliśmy nawet antagonizm szczytów społecznych i nizin, bo każdy każdego dnia może być najwyższym władcą, bo nie ma takiego rodzaju życia, takiej sfery działania, która byłaby przed kimkolwiek zamknięta."
[Stanisław Lem, Dzienniki Gwiazdowe]
Makabryczna wizja, zawarta w ustawach...
Niestety, wizja ta zaczyna się realizować. W Ameryce, w którymś ze stanów, nie ma już mamy i taty. Jest rodzic numer jeden i rodzic numer dwa (i zapewne rodzic numer trzy, jak zajdzie potrzeba). W Szwecji otwiera się przedszkole, w którym nie ma chłopców i dziewczynek - są tylko bezosobowe postacie. "ONO" - a nie "ON" i "ONA". Powoli, nieśmiało buduje się Lemowskie odczłowieczone społeczeństwo - bez płci, bez twarzy (bo jakże w idealnym społeczeństwie mieć różne twarze?), bez uczuć, bez zainteresowań. Społeczeństwo doskonałe, w którym nie ma miejsca na kobiecość i męskość.
Przykro mi, ale nie zgadzam się z tym. Nie jestem rodzicem numer jeden, dwa, trzy. Jestem - na przekór wszelkim chorym umysłom - tatą. Moja żona jest mamą. A moje dziecko jest synem. I niezależnie od tego, co wkrótce zapewne wymyślą Orwellowsko poprawni inaczej nie będziemy żadną dewiacją. Będziemy mamą, tatą i synem.
Czyli rodziną.
komentarzy
Czwartek [13.01.2011, 19:39]
Pacynki - ot, laleczki bez głosu, którymi można dowolnie manipulować. Kiedy trzeba, pomachać radośnie, kiedy trzeba, skarcić... Pacynki nie mają osobowości, są sterowane przez ich władców. Wydawać by się mogło, że pacynki występują tylko w teatrze. Nic bardziej błędnego - też jesteśmy pacynkami. I w zasadzie też bierzemy udział w teatrze. Mimo, iż wydaje nam się, że jesteśmy widzami, tak naprawdę sterują nami. Bezwzględnie, złośliwie, bezlitośnie.
Wiadomo było, że ten moment nadejdzie. Nikt jednak nie spodziewał się chyba, że po przekazaniu Rosjanom poprawek do raportu n/t katastrofy w Smoleńsku otrzymamy tak szybko odpowiedź. Twardą odpowiedź, pokazującą, w którym miejscu Rosjanie nas mają (i nasze uwagi). Nasi wschodni sąsiedzi mogli napisać suchy raport, przedstawić profesjonalne symulacje. Ale nie - Anodina i spółka pokazały pacynkom, kto pociąga za sznurki. I jak pacynki są niegrzeczne, to im się wbija szpileczki.
Sensacyjką medialną raportu był wynik analizy krwi gen. Błasika. Szpileczka, złośliwość na przekór niepokornym pacynkom. Nie miało to żadnego wpływu na katastrofę. Ale poszło w świat. Poważne zdawałoby się gazety grzmiały: "Pijany generał sprawcą katastrofy!". Cóż za wspaniały tryumf Anodiny i spółki! Manipulacja iście godna podziwu - jednym wyolbrzymionym faktem (niewątpliwie) nic nie wnoszącym w rozwiązanie zagadki katastrofy ośmieszono Polskę i polskie wojsko. Prawdziwe przyczyny usunięto skutecznie w cień. Nigdzie w raporcie nie ma ani słowa o tym, że gen. Błasik w jakikolwiek sposób wpłynął na przebieg feralnego lotu. Ale szpila została wbita.
Od miesięcy trwała bezlitosna medialna nagonka na gen. Błasika. Oczywiście niebezpodstawnie - skoro pachołki na usługach dostały za zadanie opluć, to opluwały. Wszystko po to, by uprawdopodobnić tezę, że jednym z ogniw katastrofy jest generał. Czytaliśmy więc, jak to dowódca samodzielnie pilotował Jaka-40, zganiając pilotów z fotela. Jaki to miało związek z katastrofą smoleńską? Absolutnie żaden - ale pacynki trzeba przekonać, że gen. Błasik był apodyktyczny, że przejmował dowodzenie samolotem, że nie liczył się z pilotami, że miał ułańską fantazję... A to już krok do hipotezy, że wypiwszy sobie trochę generał usiadł za sterami (bo przecież tak czynił!) i przykozaczył, sadzając Tu-154 w bagnach Smoleńska.
Na nic wyjaśnienia, że gen. Błasik i owszem, za sterami Jaka-40 mógł zasiąść, bo uprawnienia do pilotowania miał. W przeciwieństwie do Tu-154, do pilotowania którego uprawnień nie miał i którego nigdy nie pilotował. Na nic wyjaśnienia, że obecność generała w kabinie mogła mieć zupełnie inne znaczenie, niż przypisał mu MAK. Że generał obecny był nie po to, by wywierać presję, ale po to, by w trudnych warunkach nikt tej presji nie wywierał. Czyż nie było tak, że widząc kursowanie p. Kazany do kabiny pilotów zniecierpliwiony generał wiedząc, jak ryzykowne jest lądowanie w takich warunkach stanął w drzwiach, by nikt pilotom nie przeszkadzał? Słowo kontra słowu - mamy obecność ciała gen. w kokpicie i stenogramy rozmów z których wynika, że Błasik nie wtrącał się ani słowem w pracę pilotów. Mamy również sytuację, w której gen. Błasik odznaczył pilotów, którzy sprzeciwili się decyzjom Prezydenta i odmówili lądowania.
Którą wersję wybiorą pacynki?
Druga szpila, wbita nam przez MAK jest okrutna. Ohydna. Obrzydliwa.
Na konferencji przedstawiono film, pokazujący przebieg podejścia do lądowania prezydenckiego samolotu. Nałożono na niego zapis rozmów z czarnych skrzynek. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, iż zapis głosowy na prezentacji trwa do samego końca. Oczywiście można było wyciąć ostatni, przerażający krzyk śmierci załogi. Ale pozostawiono go - z premedytacją. Złośliwość władców, pokazujących pacynkom kto tu rządzi, kto manipuluje, bez liczenia się z uczuciami rodzin, z uczuciami Polaków...
Z uczuciami pacynek.
Pacynki muszą znać miejsce w szeregu, by nie odważyć się przypadkiem pytać, dlaczego samolot sprowadzano po kursie kolizyjnym z terenem (zamiast na lotnisko), dlaczego rosyjskie władze nakazywały (nie zakazywały) sprowadzić samolot jak najniżej, jaką rolę w katastrofie odegrało oświetlenie przed lotniskiem (a prawdopodobnie odegrało kluczową), dlaczego samolot zaczął spadać zamiast odlecieć, dlaczego piloci zachowywali iście stoicki spokój niemalże aż do samego momentu zderzenia jakby nie wiedzieli, gdzie się znajdują...
Pytania pozostały. Oczywiście można, wzorem MAK uznać, że polscy piloci to idioci, który w gęstej mgle schodzą potężną maszyną na wysokość kilku metrów, by "szukać ziemi", nie wymieniając żadnych uwag, żadnych obaw, ba! nie podejmując nawet żadnej decyzji o lądowaniu!
Ale przecież pacynki nie są od myślenia. Pacynki mają słuchać swych władców i potakiwać.
Cokolwiek władcy powiedzą.
komentarzy
Niedziela [ 9.01.2011, 10:49]
Zdarzenie, jakich (niestety) wiele.
Dyżurny z komisariatu w Kraśniku otrzymał zgłoszenie, że srebrnym mercedesem, który zbliża się do miasta, kieruje najprawdopodobniej pijany kierowca. Ponieważ droga, którą poruszać się miał pojazd, przebiega obok komendy, policjant już wkrótce ujrzał podejrzany pojazd. A nawet ujrzał coś więcej - oto mercedes przejechał przez wysepkę i wbił się w ogrodzenie. Dodać warto - ogrodzenie sądu rejonowego. Po chwili z samochodu wysiadła trójka rozbawionych mężczyzn.
Z reguły, jeśli dochodzi do kraksy, w samochodzie są same pijane osoby a policja nie jest w stanie ustalić, kto siedział za kierownicą, wszyscy pasażerowie się wypierają i zwalają winę jeden na drugiego. Dlatego trzeba przyznać, że zdarzenie, które miało miejsce w Kraśniku, było niecodzienne. Winnego wskazali bowiem jednogłośnie i jednomyślnie wszyscy pasażerowie.
Na pytanie, który z nich siedział za kółkiem odpowiedzieli wyjątkowo zgodnie, że żaden z nich. Kto zatem kierował samochodem?
- "Autopilot, panie władzo..."
komentarzy
Środa [ 5.01.2011, 20:17]
Dziękuję, panie premierze!
Dziękuję, w imieniu moim i moich znajomych. Dzisiejsze głosowanie nad wotum nieufności dla ministra-patałacha Grabarczyka pokazało całą nagą prawdę, kryjącą się za Pana fałszywym uśmiechem. Pokazało oczywiście nie opozycji - opozycja doskonale wie, co znaczy Pana PR-owski, ociekający wazeliną uśmiech. Bo przecież podstawowa zasada demokracji brzmi - nie zadowoli się stu procent społeczeństwa, ale wystarczy przekonać pięćdziesiąt procent plus jeden głos.
Kwiaty wręczone (niestety jeszcze) ministrowi pokazały całą Waszą obłudę. Oto wielki krzyk o oszczędności i propozycja obcięcia dotacji dla partii. Słuszna propozycja - ale nie potraficie jej przegłosować. Nie potraficie jej przegłosować, mając po swojej stronie koalicyjną większość sejmową, większość w senacie i własnego prezydenta! I jeszcze ten obłudny uśmieszek - "No przecież narodzie chcieliśmy, ale nie daliśmy rady...". Macie naród za idiotów? Poniekąd słusznie - w końcu sami się nie wybraliście.
Dziękuję za umorzenie tzw. "afery hazardowej". To miło wiedzieć, że choć na kary więzienia skazuje się drobnych pijaczków, to jeśli, parafrazując (wiem, trudne słowo) Pana nie najcięższego prowadzenia koleżankę partyjną, niejaką Sawicką, kręci się odpowiednio duże lody, można nie dość że wiele, to jeszcze bezkarnie. Oczywiście tylko pod warunkiem, że jest się PO odpowiedniej stronie barykady.
Myślałem naiwnie, że tysiące wydymanych pasażerów PKP przekona Pana, że minister Grabarczyk jest po prostu ofermą, predysponowaną do sprzątania psich kupek i niczego więcej. Na pamiątkę działań Pańskiego ministra może rzeczywiście, natchnieni Bareją, ustanówmy 5 stycznia "Dniem Pieszego Pasażera"? Niestety, nawet w tak prostej sprawie nie potrafił Pan wykazać stanowczości. I gdzie to pokrzykiwanie, gdzie ta stanowczość? Zresztą, jaka stanowczość? Któż to w orędziu zapewniał frajerów (przepraszam, wyborców) że nie będzie podwyżki podatków? Nosek Pinokia się wydłuża, oj, wydłuża. Brakuje tylko śp. Józefa Piłsudskiego, żeby zagrzmiał gdzieś z niebios, jak niegdyś - "Wam, Panowie, kury szczać prowadzić, a nie politykować!"
Dziękuje niniejszym - za brak dróg, za tłok na kolei, za umorzenie kolesiowskiej afery hazardowej, za benzynę powyżej 5 zł, za kradzież moich pieniędzy z OFE, za... (tu można wymieniać i wymieniać...).
Mam nadzieję, że zostaniecie sprawiedliwie rozliczeni.
komentarzy
Zasada działania była prosta - środkowa, wydłużona część rzucała cień, a cień wskazywał godzinę. Dokładność może i była słaba (plus minus kwadrans) ale ówczesnym ludziom nigdzie się nie spieszyło, a i ulubionych seriali w TV jeszcze nie było (telewizorów zresztą też). Więc gdzie się spieszyć?
Mamy wiek, jakby nie patrzeć, dwudziesty pierwszy. Zegary mamy dokładniejsze i to znacznie. Ale czasem, w centrach miast pojawiają się ozdobne wersje zegarów słonecznych. Każdy, kto widział, przyzna, że to ładne, choć niefunkcjonalne. Ale dlaczego sztuka ma być funkcjonalna?
No, jest taki jeden warunek umiejscowienia zegara słonecznego. Aby wskazywał godzinę, musi na niego padać promień słoneczny. Niby oczywiste, ale czy na pewno?
Może i oczywiste dla mnie. Dla Was. Ale są przecież ludzie, dla których ten warunek nie jest wymagany. Pół biedy, jeśli ci ludzie są gdzieś - no nie wiem - zamknięci, odizolowani. Ale jeśli pełnią funkcję... Hmm... Prezydenta miasta?
Tak, prezydent miasta Sieradza wydał właśnie 20.000 złotych polskich (dwadzieścia tysięcy, nie pomyliły mi się zera) na zbudowanie zegara słonecznego w miejscu, gdzie światło słoneczne nie dociera, bo na drodze staje mu pobliska kamienica. Jaki jest sens budowania zegara słonecznego w cieniu?
Dużą pomocą w wyjaśnieniu tegoż absurdu jest fakt, że Jacek Walczak (prezydent Sieradza, odpowiedzialny za ten bubel) kandydował z ramienia PO.
To dużo tłumaczy. Nie wierzycie? Pewnie myślicie, że prezydent Sieradza się pokajał za błąd? Za wyrzucenie 20.000 w błoto?
Naiwniacy...
Cytując twórcę zegara:
- Będą dodatkowe, grawerowane arkusze blachy, które zamontujemy na posadzce. Będzie również zainstalowana kula, która będzie tworzyć jakiś kąt. I tenże kąt i jego punkt końcowy są na posadzce. To miejsce będzie tworzyć ten kalendarz.
Będą dodatkowe pieniądze, by bubel udoskonalić. A że nie działa? Jakbym widział nasz rząd w akcji.
Oklaski dla tego pana!